Wiem, że mnie nie ma i już nawet nie wiem czy się tłumaczyć czy nie. No, ale dzisiaj jestem.

Postanowiłam nie mówić, że czegoś nie zrobiłam nigdy, albo czegoś nie umiem, bo się „kiedyś” nie nauczyłam. No bo co z „teraz”? Otóż teraz, uczę się robić na drutach, na podstawie youtube. Oraz teraz postanowiłam nauczyć się jeździć na łyżwach, czego nigdy nie robiłam. Impulsem był fakt, że dziewczyny dostały owe cuda na Święta, a to fajny pomysł na wspólną rozrywkę, ruch i czas spędzony z sensem, razem. 

I tak oto, dzisiaj pierwszy raz „śmigałam” po lśniącej tafli lodowiska i zaliczyłam tylko 3 upadki. Po czym Pan Mąż wyjechał na dwa tygodnie, bo taka praca, taki los, no i dzwoni mój facet po czym pyta jak tam moje nogi, po przygodzie z łyżwami. Otóż dziękuję, nogi miewają się dobrze, ale łapska z bólu chcą się amputować? Dlaczego? Toć przecież, cała balustrada wokół lodowiska była moja. Kiedy serdelki sięgające mi do pępka lub do puszystych cycuchów, pędziły z prędkością światła, ja wczepiona w balustradę walczyłam o życie, poruszając się z prędkością ślimaka. I łapy drętwieją z bólu i każdy mięsień czuję.

Jednak muszę przyznać, że styl jazdy, „balustradowy”, spotkał się z ciepłymi uśmiechami, pomocnymi i fajnymi osobami, które wspierały moje wygibasy i gratulowały odwagi. Bo podobno w moim wieku większość ludzi nie decyduje się na naukę czegoś nowego. HA! Może piruetów robić nie będę, to słowo daję, śmigać będę do upadłego, aż się nauczę a wiosną przyjdzie pora na rolki. Na dzisiaj to wszystko, łapy idę masować i wygrzewać, wino znieczulające zaaplikuję, bo jutro czeka mnie dzień na górce, a sanki same się na nią wciągać nie będą. 

I pamiętajcie, do nas, młodych duchem i odważnych świat należy.