Peppa od poniedziałku w domu z katarem, więc dnie są energiczne, szalone, rodzinne i rozwojowe. I czasu brak żeby usiąść spokojnie, poza chwilami, kiedy wypijam w ciszy kawę. Więc siadłam na okrągłym zadku, nogi zarzuciłam na biurko, odpaliłam komputer i zasiadłam nad gorącą kawą. Cudownie. Błogo. Beztrosko. Coś łaskocze w „międzycycu”. Co? Na pewno jakiś zabłąkany włosek z czarnego czerepa. Tak bywa. Więc pochyla Agrafka piwne oczęta i paluchami wyciągniętymi w kierunku cyca sięga, aby tego włosa-łaskotnika wydostać z bujnej pułapki. I zerka śmierci w oczy. Znaczy w czułki. Śmierci z przerażenia, takiej paraliżującej, gdzie oddech znika i nie chce powrócić. W czułki. W dwie czarne czułki, niewielkie skrzydełka oraz pierdyliard cienkich łapek. Oczywiście wszystko to nie było bezładnie rozsypane, a scalone korpusem, na równi obrzydliwym jak cała reszta owada. Wszystko w Agrafkowym „międzycycu”. Fuck. Spokój, tylko spokój mnie ocali, bo owadowi to już chyba nic nie pomoże, albo go cycki zmiażdżą i zakończy żywot, albo skończy w kiblu, o ile uda się to coś, jakoś wydostać z cieplutkiego gniazdka. Robal zanurkował (a miał w czym), więc Agrafka gwałtownie zerwała się po ręcznik papierowy, który to miał pomóc w wydostaniu TEGO z przytulnego siedliska. Rozsunęłam przybytki kobiecości i znalazłam martwą miazgę. Cóż, jak już umierać to z przytupem i w męskim raju, zmiażdżonym przez ogromny cyc, pewnie lepiej niż w kiblu. Wiosna idzie, robactwo odżywa. Fuj.

Ps. ostatnio słyszałam, że piszę długie teksty (WTF?!?!), więc skrótowo, zabiłam owada cyckami. Tadam.