Koleżanka się odezwała, nie przyjaciółka i nie bardzo dobra koleżanka. Ot, koleżanka. 

„Wiesz, dla mojego brata trzeba przetłumaczyć trochę tekstu na angielski, będzie około 20 stron. No i pomyślałam o Tobie. No bo w końcu i tak siedzisz w domu, to dobrze Ci zrobi, jak coś przetłumaczysz, to języka angielskiego nie zapomnisz. No i wiesz, brat się pytał za ile, to mu powiedziałam, że za czekoladę. Kasi też tłumaczyłaś za czekoladę, mówiła mi kiedyś. A to zawsze trochę rozrywki będzie, a nie tylko dzieci i dom.”

Więc jej powiedziałam, że nie ma problemu. I że mój mąż odwiedzi ją w weekend na seks, bo skoro i tak daje swojemu mężowi, to i mojemu może dać. No i zawsze jakaś odskocznia, a nie ciągle tylko ten sam facet, a przy okazji nie zapomni jak to jest być z innym chłopem. I że czekoladę jej przywiezie, żeby tak za darmo nie „korzystać” z jej usług. Chyba, że woli tanie wino, bo o ile pamiętam, kiedyś z pewnym młodym człowiekiem, figlowała sobie po spożyciu owego trunku. Zapewniłam ją również, że z moim ślubnym czeka ją baaaardzo dużo rozrywki oraz żeby się nie przyzwyczajała, bo to jednorazowa sprawa.

I wiecie co? Obraziła się na mnie. I nie wiem, jak ja teraz żyć dam radę…Taka fucha, 20 stron tłumaczenia za czekoladę i to jeszcze wszystko z myślą o moim szczęściu. Nie znam takiego poziomu znudzenia, żeby tłumaczyć sobie dla przyjemności 20 stron, kiedy tyle książek nie przeczytanych kurzy się na półkach, kiedy tyle fantastycznych przygód można przeżywać z dziećmi oraz prowadzić rozmowy z mężem do białego rana.

*Kasi tłumaczyłam około pięciu zdań. I nic za to nie chciałam, nawet tej czekolady, którą przyniosła.

Życie samo oczyszcza się z niepotrzebnych resztek…