Czy znacie to uczucie, kiedy wchodzicie do łazienki, żeby w wybuchach entuzjazmu i radości umyć kibel i nagle dostrzegacie w wannie wiosenne powitanie? Nie jakieś tulipany, pierwiosnki, czy chociażby gniazdko ptaszynek uroczych. Nie, wiosenny, wielki BYDLAK. Taki monstrualnie czarny, z wyłupiastymi oczyskami i drwiącym uśmiechem na drżącym jamochłonie. To było pierwsze pytanie o stronę uczuciową.

A czy znacie to uczucie, kiedy patrzycie mu odważnie w oczy a z waszych ust dobiega syczący szept: „Nie boję się ciebie! Jestem większa! Miliard-pierdyliard razy większa! Zgniotę Cię piętą lewą!”. Znacie to uczucie? Bo ja pierwsze znam doskonale, jednak to drugie jest mi obce.

Jednak optymistycznie powiem Wam, że trzecie uczucie znam, ciekawe czy jesteście z nim zaznajomieni, aby mieć pewność opiszę je dość dokładnie.

A więc tak. Panika. Cichy jęk zmieniający się w przeciągłe wycie. Swędzenie całego ciała, bo może to cholerstwo już się rozrodziło w milionach potomków, atakujących me biedne ciało. Sto oddechów dla uspokojenia + lampka wina. Później druga lampka wina. Dramatyczne smsy do Pana Męża z pretensjami, że akurat mu się poligonów zachciało. Godzina jogi i medytacji. Plan działania.

Jako że BYDLE większe od odpływu, to nie spuszczę dziada. To ma również swoje zalety, bo przez swój ciężar nie dawał rady wydostać się z pułapki. Zostawić potwora w wannie i się nie myć do soboty? Nie wchodzi w grę. Odkurzacz, zepsuł się drugiego dnia nieobecności zaradnego mężczyzny. Sąsiadów męskich i odważnych, w okolicy akurat brak. Opcje? Zatłuc dziada!

Oparłam się pokusie pociągnięcia butelki z winem do końca, jako jedyny rodzic dwójki przedszkolaków, które za trzy godziny powinnam odebrać. Złapałam packę i wielką szczotę do zamiatania chodników, przygotowałam również szufelkę jako środek transportu pajęczych zwłok oraz miskę na ewentualny, niekontrolowany paw z uroczych ust Agrafki.

Raz! Dwa! Trzy! AAAAAA! Nie, no jeszcze raz, teraz na pewno dam radę! RAZ! DWA! TRZY! AAAAAA! Kurde, nie no, jeszcze raz, do trzech razy sztuka, teraz na pewno dam radę. A może jednak nie dam rady. Fuck.

W tym momencie, samobójczy skurczybyk, czujący na drgających kończynach podmuch śmierci z rąk zdesperowanej Agrafki (a właściwie sprzętów uśmiercających, do rękami, to ja bym tego nawet po zgonie nie tknęła) wyskoczył jak z procy. I leciał, szybował, frunął w kierunku niewiadomym, a ja przypatrywałam się temu z żywym zainteresowaniem. Zawyłam, pierdyknęłam packą i na ułamek sekundy zamknęłam oczy. Otwieram je co prędzej, zaglądam do wanny, a tam pustka. Nachylam się powoli, zerkam, a tam dalej nie widać rozedrganych kawałków BYDLAKA.

Czy taka sytuacja wzbudziłaby w Was niepokój? Bo ja się wciąż dziwię, że gaci nie zabrudziłam z przerażenia. Brawo zwieracze Agrafki!

Rozglądam się wokół i widzę, jak zwisa potrząsając zadkiem oraz kończynami, z packi na muchy, którą durna ja, trzymałam niezwykle precyzyjnie nad własnym czerepem. W panice machnęłam ręką, a czarne, dogorywające BYDLE zaległo w misce na ewentualne wymiociny zimnej morderczyni pająków. Reszta nie jest już spektakularna, wywaliłam to to na podwórko, zdezynfekowałam wszystko w najbliższej okolicy kilometra i w ramach relaksu siedziałam na fejsie. Miałam prawo. Kibel nie myty, czekał na siły psychiczne, które nie wróciły dzisiaj, może jutro się uda.
Tęskniłam za wiosną, ale nie za tym. I nie wierzę, że to co nas nie zabije to nas wzmocni, mnie doprowadzi do szaleństwa, a szaleństwo wykończy.

13007080_267698876901765_2575020934636181336_n